5 sierpnia 2012 | Aktualizacja: 30 grudnia 2012
Wyszukiwarka Google

Coraz częściej obserwujemy wypowiedzi w Internecie, które wieszczą coraz szybszy “upadek linków” na rzecz mediów społecznościowych. Że media społecznościowe (jak nie już) to niedługo będą odgrywać coraz większą rolę w kształtowaniu przez Google wyników wyszukiwania.

Jak to wygląda naprawdę?

Poproszony o stanowisko w tej sprawie Matt odpowiedział, że możliwym jest fakt, że za 10 lat to się zmieni i media społecznościowe będą miały większy wpływ na algorytm Google. Ale jeszcze ten czas nie nadszedł. Na chwile obecną za wcześnie jeszcze aby mówić, że linki “umierają” – i trzeba teraz skupić się na mediach społecznościowych, bo to od nich zależy pozycja strony w Google. Cała “nagonka” branży SEO w tym zakresie (linki a sygnały społecznościowe)  według Matta przypomina “bańkę spekulacyjną”, podobnie jak to, że nie jest możliwym pozyskanie naturalnych linków z atrybutem dofollow.

W pełni się z tym zgadzam. Firmy pozyskują linki “tu i teraz”, jak najszybciej. Jest to niestety dobre na krótką metę – dobry link jest w stanie “przyćmić” tysiące kiepskich odnośników. A że nie jest łatwgo zdobyć – no cóż, nie od razu Kraków zbudowano. Zwiększona liczbę odnośników do swojego bloga obserwuję dopiero od pewnego czasu. Dla tych, co nie pamiętają – blog istnieje już trzeci rok. Znajdują się na nim (na chwilę pisania tego wpisu) 733 wpisy. Kawał pracy, prawda?A tymczasem ile firm, które chcą promować się w Sieci, zmienia firmy SEO po kilku miesiącach, ba, niekiedy po jednym, nie widząc efektów? Prawda jest okrutna – daleko ich to nie zaprowadzi (co widzę po wątkach na polskim Forum Google dla Webmasterów, gdzie coraz więcej trafia stron, dla których realizowano “krótkoterminową” strategię promocji w Internecie). Podobnie jak daleko “nie zajdą” te firmy SEO, które ulegają takim naciskom ze strony swoich Klientów. Ale to nie mój problem – branża musi się wreszcie oczyścić i dorosnąć.

Rzeczą, na którą warto zwrócić uwagę w wypowiedzi jest to, że udział linków nofollow wynosi poniżej 10% w strukturze linków znajdujących się w jest to “pretty small” percentage – można się domyślać, że mówimy o zakresie ok 2%. Przynajmniej ja tak to odczytuje – nie wiem, co miał na myśli Matt mówiąc “pretty small” :)

Osoby zainteresowane wersją oryginalną wypowiedzi zapraszam do oglądnięcia filmiku na Youtube

Chcesz zwiększyć widoczność Twojej strony w Google? Umów się ze mną na 15 minut bezpłatnych konsultacji. Sprawdzę na czym stoimy i co mogę dla Ciebie zrobić





SEBASTIAN
MIŚNIAKIEWICZ
Autor bloga,
specjalista SEO
Jako właściciel firmy SEOProfi pomaga zwiększać sprzedaż w sklepach internetowych oraz ruch na stronach firmowych na rynku polsko-, anglo- oraz niemieckojęzycznym.

Bloga założył w 2010 widząc ogrom problemów, z jakimi mają do czynienia osoby próbujące samodzielnie wypromować stronę w Google. Od 2011 roku jako Product Expert pomaga rozwiązywać te problemy na Forum Pomocy Google dla Webmasterów.

GD Star Rating
loading...
Linki nadal ważniejsze dla Google od mediów społecznościowych

7.0104

OPINIE I KOMENTARZE

spamerman 5 sierpnia 2012, 22:50

W Polsce nofollow jest “troszkę” więcej. Wiadomo, psy ogrodnika.

Sebastian Miśniakiewicz 5 sierpnia 2012, 23:03

Co masz na myśli?

imb 5 sierpnia 2012, 23:06

Najgorzej jest trafić na pozornie “uczciwego” Zleceniodawce. Na początku wszystko wygląda obiecując, a jak przychodzi do rozliczenia twierdzi, że nie widzi efektów. Podnosisz ruch w sklepie o kilkaset % w 3-4 miesiące, nie mówiąc już o kilkukrotnym wzroście sprzedaży, a on wpiera, że nic się nie zmieniło.

Moja rada – zawsze miej aktualną kopię listy zamówień z takiego sklepu. Może to dla kogoś nieetyczne, jednak kilka razy to mi pomogło.

Sebastian Miśniakiewicz 5 sierpnia 2012, 23:52

@imb – dlatego podstawą powinna być umowa. Ale nie taka napisana na kolanie, ale przez prawnika. U nas wiele firm robi SEO “na słowo”. bez umowy zaś bardzo łatwo jest taką firme zostawić na lodzie.

imb 6 sierpnia 2012, 20:55

“dlatego podstawą powinna być umowa.”
I zawsze jest. Nigdy nie bawiłem się w opcję “na słowo”. Jednak wyskakiwanie z umową i prawnikami przy pierwszym lepszym zgrzycie nie leży w mojej naturze. Zawsze staram się załatwiać takie spory polubownie, a posiadając listę z ewidentnym comiesięcznym wzrostem ilości zamówień (nie licząc tych telefonicznych) jest często przekonujące.
Wg mnie posługiwanie się umową, jako argumentem w sporze to ostateczność. Nie cierpię sformułowań typu “podpisał Pan umowę… Zgodził się na takie warunki…”.

Sebastian Miśniakiewicz 6 sierpnia 2012, 21:18

Masz rację, imb – umowa jest zawsze (powinna być) na końcu… Z mojego doświadczenia jednak wzmianka o niej “odsiewa” na początku osoby, które chca kombinować…

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Inne wpisy z tej kategorii